Główna
Lekcje
O nas
Ciekawostki
Galeria
Hydepark
Subskrybcja
Linki
Kontakt
 
     
 

 

Tango na Krymie IV/V 2006

Strona główna

    

 
Koktebel
wulkaniczne skały Kara Dagu

Sudak

 

Informacja o planowanym festiwalu tanga argentyńskiego na Krymie od razu przykuła naszą uwagę. Od dłuższego czasu mieliśmy ochotę zapuścić się turystycznie w tamte rejony. Kusiły mickiewiczowskie Sonety Krymskie, przebogata historia, morze, góry, ślady Azji Tuchajbejowicza.... Dodatkowy argument w postaci tanga przekonał nas. No i pojechaliśmy....A podróż nie była krótka. Planowaliśmy dotrzeć z Wrocławia do Koktobela na Krymie w 2 doby, a zajęło nam to 4. Chcieliśmy pojechać nocą do Przemyśla, stamtąd do Lwowa. W dzień zwiedzać, zanocować i następna dobę spędzić w pociągu do Symferopola. Niestety - bilety na trasie Lwów - Symferopol wykupione były na nie wiadomo jak długo naprzód, więc po 2 dniach i 1 nocy spędzonych we Lwowie pojechaliśmy nocą do Odessy. W dzień zwiedzaliśmy a kolejna noc to podróż do Symferopola. Stamtąd do Koktebela już tylko 3 godziny marszrutką (miejscowy bus). Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło! Piękno Lwowa oraz Odessy wynagrodziło nam niedogodności. Całe szczęście, wyruszyliśmy odpowiednio wcześniej.

Do Koktobela - małego nadmorskiego kurortu we wschodniej części Krymu - zjechało się z Ukrainy, Rosji, Austrii, Niemiec, Francji, Anglii, Turcji i oczywiście z Polski, ponad 200 osób pragnących tańczyć tango. Większość przyjechała z Ukrainy i Rosji, z Polski było nas pięcioro. Oprócz nas - Kasi i Irka - byli: Dorota i Tomek z Warszawy oraz Michał z Krakowa (a tak naprawdę to aktualnie z Kijowa).

W ciągu dnia odbywało się zwykle 4 lub 5 lekcji, a wieczorem, od godziny 20 do ostatniego tanguero (czasem nawet do szóstej rano), trwała milonga.

Lekcje prowadzili m.in. Rodrigo Rufino i Gisela Passi z (Buenos Aires, Paryż), Aleksander i Natalia Berezhnovy (St. Petersburg), Jorge Pichler (Wiedeń), Olga Leonowa i Slava Ivanov (Moskwa), Aisha i Viktor (Buenos Aires). Ze względu na dużą liczbę słuchaczy ( czasem nawet 50 osób), lekcje miały charakter bardziej prezentacji niż warsztatów. Zaletą ich była stosunkowo niska cena (ok. 13 zł). Dla nie znających aktualnie używanego na lekcji języka zawsze znalazł się ktoś, kto tłumaczył.

Najwięcej nam dały zajęcia z Rodrigo Rufino i Giselą Passi. Fantastycznie tańczą, doskonale czują muzykę, lekcje mają przemyślane, a przy tym są naturalni, sympatyczni i dowcipni. Tu mnogość języków na lekcji zaspokoiłaby wymagania wyrafinowanego poligloty - i francuski, i hiszpański, i angielski, i rosyjski. Oraz zabawne komentarze we wszystkich językach narodowych uczestników.

Ciekawe były również zajęcia z Aleksandrem i Natalią Berezhnov, zawodowymi tancerzami baletowymi z St. Petersburga, specjalizującymi się w pokazach i występach na scenie . Dzielili się swoimi doświadczeniami, opowiadali i demonstrowali jak sprawić, aby nasz taniec był bardziej atrakcyjny dla obserwatora, jak przyciągnąć uwagę i zaskarbić sympatię widza. Mimo mikrego wzrostu, dzięki niesamowitej dynamice i zamaszystym krokom, potrafili wypełnić sobą i tańcem dowolnie dużą przestrzeń. Walce z Aleksandrem na milondze to jedne z przyjemniejszych Kasi tanecznych wspomnień.

Ponieważ pragnęliśmy jak najwięcej zobaczyć z atrakcji Krymu, uczestniczyliśmy w niewielu lekcjach. Zobaczyliśmy za to sporo: urocze okolice Koktobela - okoliczne wzgórza, urwiska nadmorskie, pozostałości po dawnych genueńskich twierdzach w Teodozji i Sudaku, galerię Ajwazowskiego w Teodozji, pałac chanów krymskich w Bakczysaraju, skalne miasto - twierdzę Czufut Kale (w "Panu Wołodyjowskim" Jerzego Hoffmana jest sekwencja, gdy młody Nowowiejski oczekuje na Lipków dowodzonych przez Azję - kręcona w Czufut-Kale) i wiele, wiele innych.

Pogoda była... różna. Gdy opuszczaliśmy Wrocław przypiekało słońce i było ok. 27 stopni. We Lwowie 22-25. Odessa - 14-16. A Krym? No cóż. 8-12 stopni. Kiedy świeciło słońce, w zacisznym kąciku można się było wygrzewać. Ale gdzie znaleźć zaciszny kącik, kiedy wieje 7 do 9 B? Po kilku dniach słonecznych i bardzo wietrznych jęło się chmurzyć, wiatr osłabł, ale zaczęło padać. Z przerwami wprawdzie, ale jednak. Góry skryły się za zasłoną sinych mgieł, ulice przemieniły w potoki a chodniki pokryły błotem. Zaś lekcje znowu miały większą ilość uczestników.

Co do pływania z delfinami. Hm... raczej nie w maju. Delfiny naprawdę tam są. Widzieliśmy ze statku parę sztuk - podpłynęły do burty i skakały radośnie. Mimo zachęt kapitana nikt z uczestników rejsu nie zdecydował się na zanurzenie w granatowej toni (temperatura wody 12 st., powietrza 10). Może nie rozumieli po rosyjsku?

Na plaży zdarzało nam się widzieć takich, którzy wchodzili do morza. Był to jednak ten typ ludzi, którym jest wszystko jedno, czy wokół pływają delfiny, czy pingwiny, foki i kra.

Milongi to, obok zwiedzania, najatrakcyjniejsza część wyjazdu. Miejsce, w których się odbywały, nawiązywało do niektórych tego typu obiektów z Buenos Aires: budowla w stylu socjalistycznym z takowym wystrojem i betonowo-kamienną posadzką. Muzyka z przenośnego odtwarzacza CD, chwilami muzyka na żywo (nie mogliśmy się doczekać kiedy znowu będzie z odtwarzacza ;)). Nie było tam w zwyczaju puszczanie cortin. Ale nie to ważne, najważniejsi są ludzie. A zeszło się ich sporo. Najrozmaitszych. Niczym kwiatów na wielobarwnej narodowościowo łące :-) Na parkiecie chwilami był taki tłok, że z trudnością przychodziło posuwanie się do przodu. Niestety nie wszyscy (a raczej mało kto) dostosowywali styl tańca do warunków. Początkowo odnosiliśmy wrażenie, że niektórzy tańczą po to, aby "szybciej, wyżej, dalej"... Tendencja ta zanikała stopniowo. U niektórych zaś skłonność do zamaszystych ganch, wyrzutów i podskoków (na gęsto zaludnionym parkiecie) okazała się nieuleczalna. Pierwsze trzy milongi charakteryzowały się naprawdę sporą przewaga pań, na kolejne przychodziło ich już mniej. Z pewnością jednak każdy mógł znaleźć interesujących partnerów bądź partnerki. Ślicznych, miłych i wysokich (to dla Irka) pań było mnóstwo. Trudno było, ze względu na brak czasu, choć raz z każdą zatańczyć. Szkoda (Kasi), że zabójczo przystojny Rodrigo przyjechał dopiero pod koniec festiwalu. Chłopcy z Lwowa, Kijowa i Moskwy zaprezentowali się obiecująco.

Impreza z założenia była przedsięwzięciem non profit, coś w rodzaju pospolitego ruszenia miłośników tanga. Miało to swoje dobre strony- niskie ceny, spontanicznie organizowane salsoteki, otwartość na rozmaite propozycje; ale i uciążliwe - niezapowiedziane przesunięcia czasowe, zamykanie baru o godz. 23. Ogólnie było jednak nieźle dzięki zaangażowaniu sporego grona przemiłych organizatorów.

Mieszkańcy Koktebela zdali się być zaskoczeni najazdem turystów. W pośpiechu szykowali i otwierali knajpki - w pierwszych dniach czynne były chyba cztery, później ze 20. Pojawiały się coraz to nowe stragany z pamiątkami, słodyczami i wędzonymi czy suszonymi rybami.

Dzięki Bogu i władzy radzieckiej uczyliśmy się w szkole języka rosyjskiego. Starczyło dawną wiedzę odkurzyć by bez problemu poruszać się po nieoznakowanej okolicy, zamawiać jedzenie, robić zakupy, odnajdywać rozkłady jazdy czy dogadywać się z ludźmi. Ba, można było na szczycie góry, przy butelce białego Portwajna, omawiać z przypadkowo spotkanym mieszkańcem Moskwy hity kinematografii polskiej i rosyjskiej (Czetyrie tankisty i sobaka, kpt. Kloss, Styrlitz, ) śpiewać wspólnie piosenki Rosenbauma, tłumaczyć o czym są sonety Mickiewicza czy wznosić i rozumieć toasty. Szczególnie smakował nam toast wzniesiony przez naszego towarzysza biesiady : ..." za Polskę od morza do morza!"...Ot, człek obyty....

Za to ci, którym mowa Puszkina słodką a niezrozumiałą melodią brzmi w uchu - zagubieni, jak dzieci we mgle. Ni kwatery znaleźć, ni kartę w restauracji przeczytać. Niemcy czy Francuzi bez znającej języki opiekunki byli po prostu bezradni.

Atrakcje Krymu, pyszne miejscowe wina, przecudne widoki, mili ludzie...wszystko to jednak owiane jest bardziej bądź mniej dyskretnym "urokiem" postsocjalistycznej rzeczywistości.

Ktoś, kto ma uraz z naszej przeszłości, powinien odczekać jeszcze co najmniej 15 lat zanim tam się wybierze. Komu zaś łezka się kręci w oku na wspomnienie owych czasów - powinien się spieszyć.

Połączenie atrakcyjności turystycznej regionu oraz tanga warte jest, by choć raz tam pojechać.

A potem ucieszyć się powrotem do domu.

Kasia i Irek

P.S. Zdjęcia z festiwalu są na stronie http://www.milonga.kiev.ua/phpBB2/album_cat.php?cat_id=40